rvp7adbhu2a-lukas-budimaier

A jak autoironia

Uff długo nie pisałam i dlatego będzie krótko. Na szczęście moja absencja nie jest dowodem na to, że rwa kulszowa (wspomniana w poprzednim poście) trwała tak długo. Bynajmniej! Gorzką prawdą jest to, że od co najmniej dekady mam problemy z motywacją w prowadzeniu bloga, chociaż opowiadanie lub książkę mogę napisać bez narzekań. A propos, 682 strony spłodzone ostatnio dowodzą samozaparcia i naprawdę deficytu porządniejszego zajęcia. Myślę, więc jestem? Raczej zmyślam, więc jestem. Lubię tworzyć fikcję literacką i się nią bawić, udziwniać jak mogę tak, by miała siedem rogów i siedem diademów, by kiedyś, gdy mnie piach przysypie lub zakonserwuje glina (zależnie od rodzaju gleby), jakiś zbłąkany czytelnik zidiociał już na samym początku lektury. Nie ukrywam, że zarówno nastawienie pisarskie, jak i poczucie humoru zawdzięczam bogini Joannie Chmielewskiej. Nie mogę przejść obojętnie obok pewnych spraw i używam ostrej amunicji w postaci sarkazmu tak, że ludzie po jakimś czasie nie mają bladego pojęcia, czy ja nadal żartuję, czy już mówię śmiertelnie poważnie. Niektórzy mogą narzkać (to ostatnio modne), że to, co wychodzi spod moich zmęczonych palców to przerost formy nad treścią. Muszę zdementować te pogłoski! Otóż prawdą jest, że moja treść wcale nie zamierza do tej formy dorosnąć i wciskanie jej na siłę w niski poziom mojego stylu mija się z celem. Nie tworzę książek i opowiadań, tworzę czytadła – jak to trafnie – i jestem pewna, że celowo – określił Konwicki. Nie zamierzam tworzyć dla kogoś, bo już mam taką przewrotną naturę, że każdą radę biorę na opak, gdy ktoś zaczyna ją od słowa powinnaś. Nawet, jeśli chciałam, to moja chęć w tym momencie spada do zera. Idąc dalej tym tropem: nawet gdy ktoś w swojej szlachetności – i niestety: ślepocie literackiej – powie powinnaś wydać książkę, nie wydam jej, właśnie z czystej przekory…

Co więcej? Zima jest dla mnie łaskawa, poza sporadycznymi dolegliwościami duszy, więc znów zaczęłam szkicować. Do tego wróciłam do Star Treka: TNG i Voyagera, co w sumie daje 14 sezonów czystej, fantastycznej przyjemności. Resztę wolnego czasu spędzam na graniu i wkurzaniu otoczenia, gdym umęczona i głodna.

I tak to życie mija na tej wsi…  ;-)

Stały fragment gry:

  • jem: czekoladowe muffiny, przygotowane przez moi, tymi ręcami i tymi palcyma
  • piję: herbatę imbirową typu ZarazeKiller, ze stajni Yogi Tea, chyba najlepsza do tej pory
  • oglądam: Star Trek: The next generation, naprzemiennie ze Star Trek: Voyager <3
  • gram: Assassin’s Creed 2 (znowu), z przerwami na The rise of the Tomb Raider oraz Diablo III. A tak właściwie, to ciągle powracam do Grim Dawn
  • słucham: Xentrifuge, XotoX i innych hałasów na X.

 

tee-1756505_640

DoRWAło mnie

Jak można chwilowo stracić chęć do podboju świata, tudzież kosmosu? Proste! Obudzić się rankiem, pewnego słonecznego, rześkiego dnia i… mieć problem z podniesieniem własnych czterech liter z łóżka. Nie dlatego, że jest się w depresji lub miewa się inną przypadłość tego typu, ale z powodów czysto fizycznych. Z trudem, na pół śpiąco, oceniłam sytuację, w której się wbrew mojej woli znalazłam. Najpierw odkleiłam jedną, potem drugą powiekę, później – w kolejności dowolnej – było stęknięcie informacyjno-kontrolne o treści „AŁ” oraz logiczne stwierdzenie, że skoro mnie boli, to znaczy, że jeszcze żyję, choćby nawet powrót do rzeczywistości zajął mi trochę dłużej, lecąc z pewnością objazdem i bez pasów. Spróbowałam ponownie i z sykiem padłam na poduszki. Nie. Wszystko jedno, co mi jest, ja muszę wstać i iść do łazienki, do kuchni, do miasta, do diabła! Bardziej siłą woli niż siłą mięśni, ale jako-tako, skulnęłam się na podłogę, przyjmując pozycję na czworaka. Już lepiej! Niby stoję, chociaż, to ze staniem ma niewiele wspólnego. Kolejne stęknięcie diagnostyczne: „AŁ” i próba wyprostowania się. Ni chu-chu. Jak mawiają „w Poznańskiem” – „ni pogodosz”. Oj nie. Brak synchronizacji z własną planetą. Złapałam krawędź łóżka i z ogromnym wysiłkiem podniosłam się do pozycji względnie pionowej. Praca Syzyfa przy tym to bilard. Spocona dokuśtykałam niczym Herr Flick pod prysznic i rozgrzałam bolące jak skurczybyk miejsce… Lokalizacja anatomiczna: kręgosłup lędźwiowy z tendencją do dupy. Ból promieniował straszliwie do nogi i palców i w ogóle na cały nędzny świat, więc szybko zrobiłam rachunek sumienia w głowie. Co takiego wywinęłam poprzedniego dnia, że to świństwo się do mnie przyczepiło?

Dochodzę tutaj do jednej z głównych cech mojej osobowości, czyli: trzymaj gębę na kłódkę, nawet jeśli masz podnieść cysternę. Powiedz wszystkim zgromadzonym, że wszystko ok, masz się dobrze i poradzisz sobie sama. Tak. Poradzić sobie – bułka z masłem, gorzej z konsekwencjami. Nie lubię prosić nikogo o pomoc i mam już tak od dziecka. To nie sugeruje jakichś odchyłów w kontekście dumy, albo… prawie nie sugeruje. Bardziej wskazuje na moją szaloną wręcz chęć samodzielności. No bo jak to tak? Ja miałabym być niekompetentna? Nawet słoiki i butelki sama sobie odkręcam, ponieważ uważam, że pan E. ma ważniejsze sprawy na głowie i nie muszę mu jej zawracać pierdołami. Techniki odkręcania nauczyłam się dawno temu od babci – równie samodzielnej – i ZAWSZE działa. Aż dziwi mnie nieporadność niektórych kobiet. A może to nie nieporadność, tylko odwieczny syndrom bycia „damą w opresji”? O nie, kurde. To nie dla mnie, dorosłej i nota bene już wiekowej osoby. To przeświadczenie, że mogę wszystko, często wiedzie mnie na próg bólu, z maniakalnym uporem mnie przez niego przeprowadza i wita chlebem i solą. Bo cóż trudnego może być w dźwignięciu kartonu pełnego książek? Żadna filozofia! Przynajmniej mój mózg uważa, że żadna. Ciało z kolei weryfikuje te dane znacznie później, z reguły następnego dnia, gdy jestem poskładana jak leżak plażowy.

Dorwała mnie rwa. A raczej taka (ku)… Mojej nodze wydaje się, że powinnam poznać wszelkie aspekty cierpienia po tym, jak mojemu umysłowi wydawało się, że jest wszechpotężny. Nie jest. Teraz będę o tym pamiętać, z pewnością tylko do następnego razu. Na razie od trzech dni jestem pokorna i z leczenia bólu mogłabym się doktoryzować. Dziś osobistym sukcesem stało się podniesienie mojej zwiotczałej osoby z pościeli, jednym, ale za to brutalno-gwałtownym ruchem i dekadenckie zawiśnięcie na komodzie. Chwilę później, gdy ból zmalał, wyprostowałam się jak zużyta w niejednej bitwie strzała i pokuśtykałam dalej… Ech, tak to już jest z moimi poglądami na świat, że czasem muszę wracać – w chwilach, gdy słabuję – do tej nędznej rzeczywistości, chociażby po to, by nawrócić na rondzie. ;)

Jedyny plus poczwary kulszowej to ten, że wszystkie inne bóle, strzyknięcia i odchyły okazały się zadziwiająco drugorzędne. Niespodzianka! :) Obecnie mogę śmiało robić za Miss Ortopedii Klinicznej 2016.

Tak jak Artur Andrus (do którego mi strasznie daleko, a którego wielbię), jestem z zamiłowania tropicielem niebanalnej myśli ludzkiej i obsesyjnie czytam, słucham, bądź obserwuję ludzkość w jej naturalnym środowisku, wyłapując co lepsze smaczki. Dziś doznałam zachwycenia słuchając radia, a ściślej, mojej Trójki. Z reguły nie słucham reklam. Odruchowo się wyłączam i robię swoje. Coś tam niby gra, gdy parzę herbatę, czy pracuję, ale uznawane jest to tylko za lekko podkoloryzowane tło dla ciszy domowej. Tym razem jednak zatrzymałam się w pół kroku, pochyliwszy się nad reklamą serum do ust. Otóż bohaterka owego „arcydzieła myśli twórczej” żali się, że ma spierzchnięte, popękane wargi (górne wargi, uściślając) i jest to koszmar nie do zniesienia. Owszem, jest, aczkolwiek gdy ja takowe czasami posiadam, moim celem jest utrzymanie ich we względnym zdrowiu i pożądanej, nawilżonej formie i tyle. Natomiast celem pani z reklamy jest… „dziubek do selfie”. Wszystko już słyszałam, ale to, żeby ktoś się żalił, iż z powodu suchych warg nie jest w stanie robić dziubków do selfie, zaorało moją percepcję świata, zamiotło pobojowisko i posadziło na nim stokrotki. :P Można by pójść dalej tym tropem, bo aż się prosi i kupować maść na odciski po to, by stópki znów mogły się wsunąć w białe, za ciasne kozaczki, albo dbać o dłonie smarując je kremem, by uzyskać możliwość doszczepienia dodatkowego palca… Jestem za modyfikacją znanej i lubianej frazy: przed użyciem, skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą. Powinno być: przed użyciem, skonsultuj się z lekarzem, farmaceutą, a przede wszystkim, psychiatrą, i dalej, zaklęcie do reszty odpowiednio zmodyfikować: gdyż każdy lek niewłaściwie stosowany, zagraża twojemu życiu i zdrowiu, także zdrowiu psychicznemu rodziny i przyjaciół.

Motyw drugi, niemniej zajmujący: reklama popularnego suplementu diety. Lekarka rodzinna zachwala w reklamie specyfik, po którym czuje się lepiej, wszystkie pierwiastki w organizmie są wyregulowane, włażą tam, gdzie powinny i robią to, co do nich należy, wyrabiając dwieście procent normy. Pani jest szczęśliwa i zadowolona z produktu. I gdyby na tym się skończyło, to jeszcze byłoby w porządku, ale w tym momencie, gdy ona mówi mniej więcej: produkt jest wprost stworzony dla mnie!, wciska się dziennikarz, przeprowadzający z nią rzekomy wywiad i pyta śmiertelnie poważnie: To dla pani, ale co pani by poleciła swoim pacjentom? I tu otwierają się drzwi: nie wiem, proszę pana, może ten drugi suplement, ale 300% droższy? Albo może: swoim pacjentom polecam arszenik domowej roboty lub krew czarnej kury, zabitej rytualnie podczas pełni księżyca, na rozstajach dróg, ale tylko we czwartek. Możliwości jest mnóstwo. ;)

Stały fragment gry (pod tę k.Rwę kulszową):

  • gram: Skyrim
  • piję: wino bezalkoholowe, czyli po prostu wysięk z winogron
  • czekam: aż mi przejdzie.
trees-690727_640

Chęchy

Przeżyłam pierwszą terapię (poniekąd szokową) i w zasadzie jestem zaskoczona. Nie wiem, czy mile, czy nie. Po prostu jestem, bez kwantyfikacji jakościowej. Nie spodziewałam się czegoś takiego, ale też nie mogę powiedzieć, że to doświadczenie było nieprzyjemne. Raczej dziwne, trochę jak zjedzenie pierwszej w życiu oliwki. Nie wiesz z początku, czy ci smakuje, czy nie, a kulturalnej osobie wypluć nie wypada. Oliwki polubiłam.

Terapia EMBR z reguły stosowana jest w przypadku osób dotkniętych złymi przeżyciami, które wyhodowały sobie szkaradę w postaci syndromu post-traumatycznego. Co prawda nie jestem w stanie określić, czy w moim dość długim życiu takowe doświadczenia zaistniały, a długie to życie zaiste jest! Andrzej Poniedzielski mógłby określić liczbę lat na „przyprósz zmierzchania.” ;) Możliwe, że coś tam kiedyś w przeszłości mną wstrząsnęło i zatelepało, jak każdego, zwykłego człowieka, ale nigdy nie robił się z tego jakiś dramat, że olaboga, dajcie mi kaloryfer z żeberkami! Może dlatego, że na każde ciężkie przeżycie reagowałam tak samo, czyli zamrażałam się mentalnie i zachowywałam zimną krew, skupiając się na rozpoczęciu i skończeniu tego, co do mnie należy. Teraz, podczas terapii, która trochę przypominała mi hipnozę, trudno w ogóle mi było określić własne emocje (nic nowego). Na pytanie co czujesz? nie znajdywałam odpowiedzi, ponieważ nie czułam nic szczególnego. Byłam zrelaksowana i to wszystko. Żadnej traumy strachu czy smutku. Kazano mi myśleć o pewnych wydarzeniach z biografii i skupić się na nich, a mój umysł momentalnie zaczął przechadzać się po innych, powiązanych z nimi lub nie. I tak wspomnienia zatrzymywały się na rodzicach, dziadkach, sąsiadach, przyjaciołach, ulicach, mieszkaniach, złotych, pięknych, jesiennych liściach, ale traumy nigdzie nie było. Zachciało mi się tylko spać. Parę razy znów zamroziłam się mentalnie, przy okazji kilku mocniejszych wspomnień i z pewnością te wywarły na mnie większe wrażenie niż miasto skąpane w słońcu – swoją drogą: przepiękne. Po sesji czułam się lekko oszołomiona i senna, więc wytrąbiłam duszkiem cały kubek zimnej wody, żeby się zebrać w sobie, albo co najwyżej zgarnąć się na szufelkę. Kręciło mi się w głowie i czułam, jakbym została wybudzona z intensywnego snu – …tak niezbyt taktownie wybudzona, w sensie: gdy ktoś po chamsku świeci latarką po oczach, potrząsa twoim organizmem, wrzeszcząc, że stodoła się pali. Wtedy, na wpół śpiąc, nie zastanawiasz się nad tym, że nie masz stodoły. Po prostu odruchowo wstajesz i lecisz gasić. Tak się właśnie czułam, więc desperacko musiałam przycupnąć, by dojść do siebie, lub względnie choć zdziebko się do siebie zbliżyć. I zachciało mi się siku… Mam przepowiedziane, że w ciąglu kolejnych trzech dni mogę doznać zawrotów głowy (nic nowego), nudności (zaznajomionam) lub migreny (znamy się jak łyse konie), więc terapeutka zrobiła dość dziwną minę, gdy machnęłam ręką na te objawy, stwierdzając, że to właściwie chleb powszedni. Sądziła bowiem, że uznam to za tragedię, wybuch supernowej i w ogóle armageddon, tymczasem phi! nic strasznego! Dzień jak co dzień. Bring it on!

Najpiękniejszą rzeczą w ciągu ostatnich dni było spotkanie się z moją przyjaciółką ze Szwecji i jej facetem. O ile ona jest jedną z najwspanialszych osób jakie znam, tak on, ów jej facet, ma tę samą osobowość, co ja (INTJ), więc rozumiemy się bez słów. Od dawna nie byłam niczego tak pewna, jak chęci przejechania iluśtam kilomnetrów pociągiem, by się z nimi zobaczyć i o dziwo nie odczuwałam z tego powodu żadnego lęku, jakby chwilowo się wyłączył, zamknął jadaczkę i dał mi czas pobyć sobą. Podczas spotkania czułam, jakbym odżyła, stresu nie doświadczyłam absolutnie, a nawet odważnie przedyskutowałam z kelnerką przy barze zmianę mojego zamówienia, co nie było niczym dziwnym, gdyby nie fakt, że zrobiłam to biegle i z doskonałym akcentem, w języku, którego się dopiero uczę. W jakiś niepojęty sposób zdecydowałam się tym razem nie używać angielskiego, który znam przecież perfekcyjnie. Zero strachu, Zen jak w mordę strzelił. Panu E. opadła szczęka i miał już na końcu języka pytanie: to ty?! Tak, to właśnie byłam ja minus fobia społeczna. Prawdziwa, niczym niezmącona, wyciszona ja. Zaskakująco towarzyska, odważna i ze zdolnościami przywódczymi. Sama się zdziwiłam, więc było nas dwoje zszokowanych. Jedyny stres jaki towarzyszył mi tego dnia, to panika w pociągu – za dużo ludzi, za dużo podniesionych głosów i gwaru. W moim umyśle ciągle tkwi skojarzenie: podniesiony głos = przemoc, mimo że raczej nie doświadczyłam przemocy. Boję się jej mimo to i stronię od niej jak najbardziej mogę. Przemoc, okrucieństwo, agresja, konflikt… nasuwają myśl o niebezpieczeństwie i o tym, że ludzie są niekiedy nieprzeiwdywalni. Oto dość poważna wada mojej osobowości: według niej wszyscy powinni mieć sens, a oni go przecież nie mają, właśnie dlatego, że są ludźmi, poddanymi swojej ludzkiej naturze. Ten czynnik często zdarza mi się ignorować i nie biorę go nawet pod uwagę: że ludzie są tylko ludźmi. Trzeba o tym pamiętać. I tyle… Moja osobowość jest dość no… osobliwa. :P

O nieprzewidywalnej naturze człowieczej mogłabym napisać rozprawę naukową, ale zamiast tego skupię się na jednym, najnowszym przykładzie z ubiegłej soboty. Cóż może przywlec do domu wieloletni, mądry i rozsądny partner? Mój przytargał dwa – słownie: dwa – trzymetrowe drzewa. Konkretnie: brzozy, z całym oprzyrządowaniem, czyli z pniami, tymi-tymi-no gałęziami, liściastymi koronami i wszelakim szpiczastym badziewiem peryferyjnym. Oprócz tego przywlókł ogromną torbę pełną starej, zwilgotniałej kory, tonę szyszek, żołędzi, mchu i porostów, włączając w ten inwentaż menażerię leśnych robali. Chyba tylko mrowiska nie było. Dodatkowo jakimś cudem wygrzebał skądś i postanowił dostarczyć naszemu domostwu starą, zardzewiałą piłę. Nie wiem, dlaczego i nie wnikam. Nie zliczę też liści, szyszek i innych ciekawych, florystycznych kompozycji, które przyniósł w długich włosach i brodzie, wyglądem przypominając dziada borowego. Jaki kraj, taki Diabeł Piszczałka. :D Po co mu to wszystko? Zainspirował go jakiś stolarski pomysł, który widział w internecie, a którego za nic nie chciał mi zdradzić, bo to niespodzianka. Nie lubię niespodzianek, bo zwiastują mi z reguły huk czegoś spadającego z dużej wysokości, kilka siniaków, których pochodzenia później nie mogę się doszukać, strzykanie w kręgosłupie i/lub głuchotę na jedno ucho. No, ale E. się zapalił. Przełożywszy na język biblijny, a ściślej: apokaliptyczny, momentalnie doznał zachwycenia i zaczął majstrować. Z tego, co zdołałam sama wywnioskować po ilości przekleństw dochodzących z drugiego pomieszczenia, prawdopodobnie będę miała las w sypialni, …albo sypialnię w lesie. Wszystko jedno. Grający sad, czy srający gad? – nieważne. W każdym razie, nie określił dokładnie zamysłu, a z potoku brutalnych onomatopei, lecących w kierunku bogu ducha winnego drewna, trudno było wyłapać sens. Ma być po prostu drzewiasto i pięknie, styl: mały zagajnik środkowej Wielkopolski, …z jednym przebiśniegiem pod kołdrą. Po poznańsku taki nawał badyli określa się jako chęchy. No cóż, tego jeszcze u nas nie było. Będzie co w kronikę rodzinną wstawić. Tego dnia, roku pańskiego 2016, E. zainstalował w sypialni chęchy. Przynajmniej będę miała na czym pouwieszać bombki na święta. Ja kudłaty, durnowaty… :P

Z ostatniej chwili: gdzie można się zapędzić, szukając konkretnej jesiennej piosnki Andrzeja Poniedzielskiego? Z czym się internetowi Andrzej kojarzy? W najbardziej popularnych wynikach wyszukiwania, na samej górze, znalazłam trzy filmiki: dwa z Poniedzielskim a trzeci pod tytułem: Awantura o baraki socjalne na Czułowie. Zamrugałam i przetarłam oczy. Czy Andrzej brał w tym udział? Nie chcę wiedzieć! ;) W każdym razie zawsze podejrzewam go o najgorsze, przecież to taki wyrywny mężczyzna! ;)

Stały fragment gry:

  • piję: grzane wino (to nic, że bezalkoholowe, pozwólcie mi chociaż pomarzyć!)
  • zajadam się: serem do tegoż wina, który zdecydowanie lepiej smakuje niż pachnie, a zapach przywodzi na myśl wczesne dzieciństwo i tetrowe pieluchy z zawartością
  • obecne zajęcie: palę świeczki (upalenie sobie kawałka włosów i rękawa uznaję jako bonus)
  • gram w: Bioshock: Infinite
  • słucham: Kate Bush, King of the mountain
  • oglądam: Avatar: the Last Airbender, sezon 3 (moją ulubioną kreskówkę)
gas-mask-1366160_1280

Tran z Czarnobyla

Stało się. Wzięłam końską dawkę witaminy (do) D i rzeczywistość się trochę rozjechała, co Lekarz Menda Wredna i Złośliwa (w skrócie LMWZ, co nijak się ma do niczego) przewidział. Wzięłam i… straciłam apetyt na dwa dni (o zgrozo!) – jakimś cudem wyłącznie na słodkie, co w sumie na dobre by mi wyszło, gdyby nie fakt, że raczej słodkiego nie lubię. Ze słodkiego to ja chętnie… kabanoska na przykład. Najsłodszą rzeczą, jaką w życiu polubiłam i zjadłam więcej niż kawałek, była gorzka czekolada z 80% kakao oraz marcepan w rzeczonej, ale po dwóch gryzach przestało mi się chcieć. Konkretna baba. Witamina D w płynie wyniosła natomiast moje doświadczenia smakowe na zupełnie nowy poziom, z pewnością Mount Everest. Teraz wiem, co czuł Kukuczka i nie jest to miłość do Himalajów – …raczej za mało tlenu na ośmiu tysiącach. Ktoś – eufemistycznie mówiąc: genialny awangardowo – „usmakowił” tłustą zawiesinę z witaminą D aromatem pomarańczowym. Tak, pomarańczowym. Myślałam, że będę sfrołcać. Śpieszę z wyjaśnieniem: sfrołcać = rzygać, ale tak jeszcze bardziej z rozmachem. Nie prosić o demonstrację! To tak jakby ktoś występny, podły i zły wycisnął do tranu całą pomarańczę! W sumie to różne, dziwne kombinacje pobudzają kubki smakowe u ludzi, na przykład parówki cielęce z dżemem, śliwki z majonezem, ogórki z kisielem… Każdemu wedle potrzeb, ale po oleju z pomarańczą moje kubki smakowe pobudziły się tak bardzo, że stanęły na baczność i nie mogły się za Chiny uspokoić. W życiu nie sądziłam, że zawartość słodkiego w słonym może osiągnąć aż takie proporcje i rozregulować cały metabolizm. Aromat pomarańczowy z pewnością sam by się zdziwił i wyszedł. W jednej chwili straciłam mowę i smak na jakiś czas – jak dawno temu na studiach po wypiciu czegoś ryjącego banię, ale niekoniecznie z pewnego źródła. ;)

Z ulotki niezbicie wynika, że ów smak dodany jest specjalnie z myślą o dzieciach, by przełknęły zawiesinę łatwo i bezboleśnie… No nie wiem. Jako dziecko pewnie darłabym się w niebogłosy, gdyby wlewali we mnie substancję, która jest cholernie słona, a tym samym – mdląco słodka. Na bank wzbudziłoby to we mnie co najmniej szok, upór i inne, podobne reakcje jak ongiś na osławiony płyn Lugola, który po Czarnobylu wciskano wszystkim jak leci. Wtedy – jako przymuszone siłą i podstępem kilkuletnie dziecko – wypiłam miksturę, ale bez entuzjazmu i ze łzami w oczach. Pielęgniarka podająca specyfik mogła już z ulgą i bez nerwów wyjść zza szafy, bo okazało się, że jednak z reguły nie gryzę i (po płynie) do gryzienia zbyt chętna już nie jestem. Teraz, po trzydziestu latach, spożywając tę gęstą witaminę-zawiesinę czułam dokładnie to samo obrzydzenie i chęć udania się do Prypeci. Brakowało mi tylko snajperki, bym wyraziła swoją frustrację adekwatnie do tradycji Zony. Skala irytacji z pewnością F3, z tendencją do F4. :P

To traumatyczne doświadczenie spowodowało telepkę organizmu – a jakże! – ale również zainspirowało i zmusiło do powrotu do gier wojennych i okołowojennych. Nic dziwnego. Wróciłam do polskiej gry This war of mine, inspirowanej oblężeniem Sarajewa, w której gracz wciela się w cywila dotkniętego koszmarem wojny i musi przetrwać w ciężkich warunkach, dokonując moralnych wyborów, organizując zapasy itd. I wiecie co? Jedno jest pewne: strzelanie i pędzenie bimbru idzie mi lepiej niż wypicie witaminy D. ;)

Stały fragment gry:

  • gram: This war of mine, Cities: Skylines, Lord of the Rings Online
  • będę zajadać się: sushi (bo do słodkiego nie ciągnie, a słone – jak najbardziej, każdą ilość proszę)
  • słucham: Ruoska – jeśli ktoś lubi wczesnego Samaela, to podobne, ale po fińsku
  • piję: herbatę jaśminową, a raczej w tym przypadku jaśmistarą, bo przez zwały innych herbat dokopałam się do pudełka, o którym całkowicie zapomniałam.
tornado-565330_640

Szlag na Ratajczaka

Spodobał mi się pomysł z prowadzeniem Notatnika strachu, na który wpadłam sobie, jakby nigdy nic, jedząc parówkę. Nie wiem czy to owa parówka wzbudziła we mnie tę refleksję i pozwoliła podjąć decyzję, ale nie ulega wątpliwości, że jedzenie rzeczonej z pewnością należało do czynników ryzyka i tylko udowodniło moją wielką odwagę. ;) A jakby tak jeszcze podkręcić ten pomysł i pójść znacznie dalej? Może stworzyć również Atlas strachu, na wzór atlasu geograficznego lub mapy drogowej? Określać lokalizację z precyzją GPS i dokładnie opisywać, co i gdzie mi się przytrafiło, a wygenerowało odpowiedź w postaci stresu lub paniki? I tak już widzę pierwsze wpisy:

20 października 2016 roku, czwartek. Imieniny Felicjana i Ireny.
Pochmurno z większymi przejaśnieniami, temperatura odczuwalna: 8ºC
Godzina: 10:43 rano.

Na Ratajczaka, róg 27 Grudnia trafił mnie szlag. Przyczyną owego szlaga/szlagu (forma do decyzji) była istota raczej ludzka (choć nie zachowywała się humanitarnie), przeciskająca się przez tłum przechodniów, czekających spokojnie na zmianę światła z czerwonego na zielone, celem udania się w stronę Okrąglaka. Czynnikiem sprawczym, a tym samym wielce oburzajacym, był fakt, iż owo upiorne indywiduum nie znało słowa „przepraszam” i wielką stopą yeti nadepnęło mnie na nogę, wzbudzając ogólny ból kończyny i wywołując we mnie potok słów, niekoniecznie godnych powtórzenia…

Siłę owego szlaga/szlagu można by oceniać właśnie według skali Fujity, stosowanej do tornad. Powiedzmy szlag trafiający mnie na ulicy Ratajczaka, róg 27 Grudnia miałby przyznane F3, czyli mógłby już z powodzeniem zrywać dachy i obalać ściany. Dalej, przy tej skali widnieją takie oto potencjalne zagrożenia: wywrócone pociągi, drzewa wyrwane z korzeniami oraz podniesione z ziemi i odrzucone samochody. Multiplę odrzuciłabym z przyjemnością tak, by wylądowała aż na Placu Wielkopolskim. Tak samo jak Renault Megane, ale to z przyczyn bardziej osobistych, niż estetycznych, chociaż do Adonisów motoryzacji również nie należy. ;)

Idźmy dalej tym tropem, bo się rozkręciłam. :) Kolejny wpis z tego pięknego, czwartkowego dnia brzmiałby z pewnością:

20 października 2016, appendix.
Godzina: 13:12

Ulica Św. Marcin, róg Gwarnej. Koszmar zmaterializowany w postaci mężczyzny o niezbyt porywajacej powierzchowności, namawiającego przechodzące panie do zakupu „jakże tanich i skutecznych” kosmetyków odmładzających. Zareagowałam uprzejmą odmową, na co rzeczony delikwent o odpychającej fizjognomii ośmielił się zauważyć, że – cytuję – „czas mija, a pani nie robi się coraz młodsza.” Skandaliczne słowa kogoś, kto szuka na siłę klientów, obojętnie jak wyglądam! Zareagowałam obrazą i odparłam: „czas mija, a pan jeszcze nic nie sprzedał”.

Sukces osobisty: rumieniec na jego policzku i błędny wzrok, starąjacy się uniknąć mojego spojrzenia. Tak, mam wzrok inkwizytora i ludzie często łapią się na tym, że sami się mnie boją. Porażka osobista: trzęsienie i telepanie w człowieku oraz F4 w skali Fujity: druzgocące zniszczenia, budynki o mocnej konstrukcji zrównane z ziemią, konstrukcje ze słabymi fundamentami przeniesione o kilkanaście metrów oraz samochody zamieniające się w latające pociski. Dowcipnego pana jakoś żaden nie trafił, czego żałuję niesamowicie. ;)

Polecam metodę zapisu własnych lęków: czy to będzie poważny i rzeczowy Notatnik strachu, w którym z naukową precyzją logicznie opisuje się każdy symptom i efekty, czy może Atlas strachu – potraktowana z przymrużeniem oka rozprawa o świecie – z pewnością pomoże ułożyć co nie co w głowie i rozjaśnić. Założę się jednak, że Atlas… będzie miło przeczytać po latach walki, podczas tryumfu i powiedzieć do siebie: ale jaja:)

Stały fragment gry:

  • słucham: Beauty of Gemina, album Minor Sun
  • piję: białą herbatę z lotosem i liczi
moonlight-1226253_640

Pan Pijawka

Czas – dzisiaj towar deficytowy. Często myślę, że mój dzień powinien mieć 72 godziny, by wszystko ogarnąć. Na dworze plucha i zimno, czyli moja ulubiona pogoda – ludzi jakby mniej na ulicach i aż się chce wyjść! Od razu usprawiedliwiam moją zbyt długą nieobecność. Są dwie przyczyny: lenistwo (do którego przynaję się odważnie jak Azja Tuchajbej do ryb na piersiach wykłutych, siną barwą napuszczonych) oraz kolejne widzimisię mojego kapryśnego organizmu, który postanowił zachorować. Nie, wbrew powszechnej modzie na jesienne przeziębienie, nie leci mi z nosa i żeby nie katar, to bym z głodu zdechła. Raczej moje lęki znów przybrały fizyczną formę i manifestowały się radosnymi symptomami w postaci bólów w człowieku oraz zawrotów głowy. Jakże miło być pijanym, niestety nie pijąc w ogóle! W każdym razie wylądowałam na krześle u lekarza (pisałam już, że to menda wredna i złośliwa?) i spodziewałam się kolejnego kiepskiego żartu o moim stresującym życiu. Tym razem jednak dziwnym trafem się przejął, ponieważ budzenie się w nocy całkowicie mokrym od potu nie należy do standardowych reakcji na dobry, zdrowy sen, a nie przypominam sobie, bym brała prysznic w łóżku. Przyszło mi więc nadstawić żyłę pijawce w laboratorium, by sprawdzić hormony tarczycy (jestem po PZT) i inne interesujące składniki osocza.

Nie boję się pobierania krwi. Nie boję się krwi jako takiej w ogóle. Pijawka płci męskiej pobrała mi ją bardzo profesjonalnie, na przekór mojego zarzekania się, że żyły nie znajdzie, bo… bo nie. Mam żyłki jak liść nerwy – widać gołym okiem, ale o ucelowaniu i dopadnięciu można marzyć, co czyni mnie zmorą każdego wampira i pielęgniarki, kłującej po kilka razy, jakby mnie osy obsiadły. Natomiast zanim taki wampir utrafiłby zębami, noc by już minęła i kury zaczęły piać, a mnie zrobiłoby się zimno stojąc w samej białej , wydekoltowanej koszuli nocnej. Pan Pijawka jednak złapał, wycelował i trafił jak Simo Häyhä (pseudonim: Biała Śmierć). W sekundę! Zdziwiłam się. Pan Pijawka zrobił to bezbłędnie, nawet nie musiał długo macać zimną dłonią mojej alabastrowej skóry, czego bym na dłuższą metę nie zniosła. Gwoli wyjaśnienia: alabastrowa nie ze względu na gładkość, bynajmniej! Raczej trupia bladość jest tutaj czynnikiem decydujacym o metaforze. Na koniec krwawej ofiary ze mnie, Pan Pijawka dodał ze szczerym uśmiechem: kocham pani żyły. Wypadało podziękować. Nic więcej do głowy mi na szybko nie przyszło, a odpowiedź: moje żyły kochają pana mijała się z prawdą. To chyba najdziwniejsze miłosne wyznanie, jakie kiedykolwiek usłyszałam, ale nic to! Darowanemu wampirowi w zęby się nie zagląda. Opuściłam rękaw i oddaliłam się pośpiesznie, do wtóru pożegnań, pozdrowień i ogólnej symfonii uprzejmości międzyludzkich, których wolałabym nie doświadczać (kotka też zagłaskano na śmierć). Czułam natenczas, że przedawkowałam ludzi i pragnęłam rzucić się pod koc (nie pociąg! PKP i tak ma problemy bez tego).

Na wyniki czekałam dwa dni. Nic nowego, oczywiście, nie wniosły. Hormony w normie, wszystko w normie, krew piękna, lekko błękitnawa po dziadku szlacheckiego pochodzenia, z delikatnym metalicznym posmakiem żelaza, czyli wysoko mineralizowana (jak woda od strażaków w Zmiennikach), pochodzenie – Wielkopolska, wczesne lata ’80, domowy wyrób rodziców. Grupa A. Niektórzy chcieli i drugie „A” dopisać, ale to złośliwi ludzie byli. Wszystko gra i buczy, oprócz witaminy D3. Gdy się jest dziecięciem nocy, tę sprawę łatwo przewidzieć. Wystarczy spojrzeć na mój blady ryj. Za walory estetyczne nie ręczę. Właściwie to nawet sama witamina D nie wiedziała, że można osiągnąć taki spadek. Z pewnością można mnie wrzucić do jakiegoś medycznego podręcznika – niech studenci medycyny widzą, co można z witaminami zrobić! Zaprowadzenie porządku w tak pokalanej istocie (prawdopodobnie) ludzkiej mija się z celem. Warszawa też tak wyglądała po wojnie, więc bez dywagacji. Tutaj porządny buldożer jest potrzebny. Dostałam takie coś w postaci jednej ampułki z końską dawką D3. Podobno pomoże. Tymczasem witamina D jest do D… i uzupełniam elektrolity w postaci herbaty, a jakże!

Zaszyłam się również w grze (standardowa dolegliwość). Dla miłośniczki gier typu SimCity położenie łapy na Cities: Skylines z dodatkami to dziecięca radocha. Uwielbiam duże miasta, tylko ludzi bym z nich wyeksmitowała, najlepiej do Trójkąta Bermudzkiego, dlatego grą, w której można zbudować własną metropolię, jaram się jak Giordano Bruno na stosie. Na razie jestem na etapie tworzenia mojego Poznania. Trochę się zabełtałam przy tych naprawdę małych, jednokierunkowych uliczkach, bo jest ich tyle, co fusów po PRL-owskiej kawie, ale Street View rozjaśnił chwilowe zaćmienie umysłu. Rety, jakie to narzędzie jest przydatne… W każdym razie mieszkańcy mojego Poznania mają także swoje potrzeby, a ja jestem łaskawym, wszystkowidzącym absolutem, zawieszonym wprost nad nimi muhaha! Obecnie mój Poznań wymaga większej liczby sklepów. Zupełnie nijak się to ma do parszywej rzeczywistości centrów handlowych, wyskakujących spod topniejącego śniegu jak psie kupy. Centrów, albo jak to się modnie mówi: galerii (które z kulturą i sztuką nie mają nic wspólnego), jest obecnie tyle, że aż strach pomyśleć, czy miejsca wystarczy. Są w kształcie grzyba i cygara (jak to mówił Smoleń), ale również i takiego chlebaka na przykład. A mój wirtualny Poznań nadal chce sklepów! Szok! Zburzyć i zaorać! Z państwowym przemysłem też nie ma lekko, bo placówki kuleją – nic nowego, więc chociaż tutaj sytuacja nie odbiega od pierwowzoru. Pozostaje tylko kliknąć, postawić fabrykę Cegielskiego przy torach i czekać na Kuniec Dymbiec*… ;)

Założyłam sobie Notes Strachu. Będę w nim umieszczać i opisywać ataki paniki, generatory strachu, które napotykam codziennie, chwile nerwowej słabości oraz rozliczne momenty, w których mogłam komuś przywalić, ale nie pozwoliła mi na to godność i/lub kultura oraz zbyt duża odległość od przyczyny irytacji. Pojawiają się już pierwsze obserwacje, spisane czarnym, żelowym długopisem, a wszystkie w punktach: 1. opis sytuacji, 2. symptomy, 3. metoda poradzenia sobie z problemem, 4. uwagi ogólne itd. Brakuje tylko rubryk bilansowych winien – ma do określania, ile we mnie jeszcze pozostało normalności ;) Zauważyłam, że to pomaga zebrać i ukierunkować myśli, ponieważ wcześniej mój tok refleksji podczas paniki przypominał magazyn Amazonu po przejściu tornada F4 z tendencją do F5 w skali Fujity. Powoli odbijam strachowi, co mnie się prawnie należy…

*Kuniec Dymbiec = rzeczownik, r. męski, armageddon po poznańsku.

Stały fragment gry:

  • gram w: Cities: Skylines
  • słucham: Mynth, album Plaat 2, The Mission, album Another fall from grace
  • motyw przewodni tych cudownych jesiennych dni: Diary of Dreams, Bladerunner 2001
  • kołysanka na noc: Leonard Cohen, You want it darker
  • piję: jesienno-zimową herbatę z imbirem, goździkami i sokiem pomarańczowym (grypo, go home!)
  • otoczenie: tonie w blasku świeczek, bo lubię ogień
  • pożeram: marcepan (tego ostatniego wyrazu nie widzieliście. Nie wracajcie do niego nawet!)
cat-1040815_640

Herbaty!

Grom z jasnego nieba! Wolna sobota, południowy herbaciany melanż (werbena, liście jeżyny, koper włoski, fiołek, mięta pieprzona… pieprzowa, melisa), koc narzucony, bo relaks musi być! W pewnym momencie telefon do E. Nawet nie wyszedł z pokoju, bo nie zdążył. Nie udało mu się nawet wypowiedzieć jednego słowa. Ktoś udzielił mu informacji i się rozłączył… E. zasępił się. Dobrze widać, kiedy to się dzieje, bo wtedy na czole, między brwiami, pojawia się filozoficzna zmarszczka, a dłoń wędruje do równo przyciętej brody, by ją z refleksją pociągnąć parę razy. Już po jego oczach widziałam, że coś jest nie tak. Zaczął najgorzej jak mógł.: Tylko się nie zdenerwuj… Wzięłam głęboki oddech, ale już cosik drżącą piersią. Pierdut! Łubudu! I kolorki diabli wzięli! Jego matka koniecznie chce za kwadrans się ze mną spotkać, by mi pokazać dwie nowe apaszki, które sobie kupiła (a które ja, chyba za karę bożą, zaprojektowałam. Jakbym nie wiedziała jak wyglądają… :P). Kobiecina zachwycona, szczęśliwa i w ogóle aż rwie się do rozmowy… Zapaliła mi się czerwona lampka. Nawet dwie czerwone lampki! Cała choinka i neon z napisem: WARNING! Jeszcze do końca nie odchorowałam ostatniego, naprawdę wspaniałego dnia z moimi znajomymi, a tu trzeba już gromadzić siły na następne atrakcje. I to w piętnaście minut! No, co robić? Tylko jedno. Spanikowałam, a jakże! Pokój zaczął się obracać, kredens począł pływać… Dobrze, że siedziałam na kanapie, bo przynajmniej nie miałam daleko do przejścia w poziom. Od poniedziałku chodzę jak pijana, ale to przeszło granice, trzymając się układu z Schengen. Kulturalnie jednak przemilczałam sprawę i właściwie nie musiałam nic mówić. E. ślepy nie jest, a do tego to naprawdę mądry człowiek. Sam nie tryskał radością na spotkanie własnej, jakże niekiedy męczącej, matki. Nie spotykamy się z nią często. Mieszka w innym mieście, ale do naszego przyjeżdża na zakupy… jakby gdzie indziej sklepów nie było. :P E. spojrzał na mnie z politowaniem jakbym mu ukradła czerstwą kajzerkę i westchnął: Zadzwonię i powiem jej, że cię nie ma.

W sumie się nie pomylił. Obecna duchem nie byłam, tylko na kanapie coś leżało i nie tryskało entuzjazmem. :P Patrzyło za to na stolik z filiżanką i w głowie miało tylko jedną, jakże ważną myśl: muszę napić się herbaty. Z silnym, prawie desperackim naciskiem na HERBATY! Perspektywa wizyty zamieniła się w wizję najazdu Hunów, a w domu mam strefę zdemilitaryzowaną całkowicie. E. również nie wpada w euforię, kiedy ktoś mu się zwala na łeb, szczególnie niezapowiedziany, mimo że jest z reguły towarzyskim i przyjaznym facetem, ale też zależy dla kogo. Bywają osoby, przez które też odczuwa silny pociąg w kierunku najbliższego stołu, by się pod nim schować, ale z dżentelmeńską godnością się przed tym powstrzymuje, co szalenie podziwiam. Ja bym już dawno pod tym stołem siedziała, urządziłabym się, zaciągnęła zasłony i powiesiła obrazki. Znów by, menda, przylazł na gotowe i zeżarł moje ciasteczka. ;) Z reguły tak robi, ale nie z egoizmu, tylko z roztargnienia. Zapomina się podzielić. ;) Przypomni sobie o tym ważnym, altruistycznym odruchu dopiero przy ostatnim i z miłością w oczach mnie częstuje. Ehh, patrzcie, co ta skleroza robi z człowiekiem…

Stały fragment gry:

Sobotę sponsoruje: piosenka mojego najdroższego Kabaretu Potem pt. Wal głową w ścianę.

photo-1460794418188-1bb7dba2720d

Ciupaga z napisem „Kołobrzeg”

- Słyszałem, że coś piszesz.
- Poniekąd.
- A ile masz już stron?
- Pięćset dwadzieścia osiem.
- …ILE?!
- Pięćset dwadzieścia osiem.
- Nie pojmuję, jak można aż tyle napisać!
- A ja nie wiem, jak można napisać mniej.
- Oczywiście to wydasz…
- Oczywiście… że nie.
- No ale jak to, głupia babo? Tyle napisałaś i na próżno?
- Naprawdę myślisz, że na próżno?

Limity. Wszędzie limity… Już przywykłam do tych „nowoczesnych” zadań szkolnych, ocenianych według klucza, a nie predyspozycji literackich, typu: Napisz, co sądzisz o wyższości – nie wiem – jogurtu naturalnego nad owocowym. Albo: Opisz twój ulubiony film. Wypowiedź zawrzyj w dwudziestu słowach/dziesięciu zdaniach/na jednej stronie A4…* Klucz, który otwiera wszystkie zamki, jest do dupy, a nie do zamków.

Pierwsze, co rzuca mi się w oczy to słowo zawrzyj. Chcąc – nie chcąc, kojarzy mi się tylko ze śląską, kulturalną i jakże popularną prośbą: zawrzyj się! - i ma z nią dużo wspólnego. :-P  Gdybym dziś powróciła do szkoły, miałabym straszny problem z zawarciem się. Kiedyś nie liczyło się ludziom słów i stron, a czytano treść. Dopiero po jakimś czasie i przeanalizowaniu wszystkiego w głowie dotarło do mnie, że w rozmowie ze znajomym na temat mojej pisaniny, ani razu nie padło pytanie: a co takiego piszesz? Jakby akurat to było kompletnie nieistotne. Ważniejsza okazała się obszerność. Mógł chociaż udać uprzejme zainteresowanie, spytać chociażby o gatunek lub o naprawdę mikroskopijne streszczenie… Za dużo wymagasz, kobito.  :-P

Tutaj też, poniżej edytora, liczą mi słowa. Już jest ich dwieście. Czuję się stłamszona, wymięta i porządnie skondensowana, jak mleko z tubki w latach ’80. Zawsze uważałam, że wśród książek, grube też może być piękne. ;-) Zależy, co się ma do przekazania, ale gdy słucham niektórych ludzi, włos mi się jeży. Szczególnie źle znoszę informacje typu: ja nie czytam! (wypowiedziane beztroskim tonem), albo: czytanie jest nudne. Jeśli jest, to robisz to źle. Po takiej dawce szoku, muszę odreagować, najlepiej dokonując napaści ze skutkiem okulistycznym (widelec w oko), zabójstwa połączonego z brutalną agrokulturą (widły w ucho), lub nawet eutanazji¹ (jeśli rozmówca jest w podeszłym wieku, co by się dalej nie męczył). :P Udusić, lub – bardziej elegancko – zmniejszyć dopływ tlenu. :-P Wiem, rozumiem, każdemu według potrzeb, ale jestem starej daty, z roku na rok PESEL coraz bardziej mi się nie podoba, więc nadal staromodnie – jak pani bibliotekarka – uważam, że czytelnictwo poszerza horyzonty, a tak wyrasta przede mną taki pacjent (bo inaczej go nazwać nie można) i nasuwa mi się wtedy tylko jedno, jakże ważne pytanie, zadane po poznańsku:

- Skund żeś ty się ulung?²

Transkrypcja dla reszty Polski: gdzie się ty ulęgłeś? Racjonalne tłumaczenie dla przyjezdnych i turystów, by zrozumieć kontekst: ochujałeś?! :-P No właśnie. Nie mogę tego elementu mojej psychiki przeskoczyć. Zawsze mam to niepokojące skojarzenie: nie czyta = wichrzyciel. Co ja na to poradzę? Tak jak morze zawsze mi się kojarzy z jednym: z ciupagą z napisem „Kołobrzeg”. :lol: Dlatego pewnie tam nie jeżdżę. Chyba takie myślenie jest adekwatne do podeszłego wieku. Tak… Ostatnio dostrzegłam zachwycające ogłoszenie na pewnych drzwiach: Akademia tańca – dla seniorów 30+… Czas się zwijać.  :lol:

* niepotrzebne skreślić.
¹ Eutanazja – rzadkie imię żeńskie.
² Ulung – herbata chińska, liściasta, zwana „smoczą”. Szczególnie popularna w czasach PRL.

14611049_1221526657906810_3810268802945600872_nTak mnie podrzucił profil: „Nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka:P

bus-17158_1280

Eksperymenty

- No i to, co przeżywasz po spotkaniu z ludźmi, to taki „kac”?
- Tak, w sumie to nawet nie po, ale często także i przed.
- Jak to: „przed”?
- No taki kac „a priori.” Przed spotkaniem.
- A to w ogóle możliwe?
- Oczywiście!
- Wybacz, nie wierzę…
- Ależ to prawda! Może strzykać w krzyżu na niepogodę?
- Może.
- No widzisz! Mnie rąbie na relacje społeczne! Zawsze.
- Ręka też swędzi na spotkanie…
- O, o proszę! Nóż upada, to ktoś przyjdzie. Upieczesz placek – też jakaś głodna morda wlezie ci na obiekt, szczególnie wcale nieproszona i podeżre! Horror!
- No ale żeby aż kac…?
- Ze swoim reumatyzmem nie dyskutujesz, więc uszanuj mojego kaca. To nobliwy kac. Społecznik.
- Przynajmniej mogę cię używać jako czujnika.
- Naturalnie. Dokładnie cię zawiadomię, kiedy ktoś przyjdzie. Ba! Nawet gdy ktoś będzie miał tylko taki zamiar i kiedy mamy się chować za kanapą. Jestem papierkiem lakmusowym ludzkości.
- Badasz pH.
- Szczególnie dokładnie jego poziom u siebie.

Zastanawiałam się wielokrotnie, jak mogłabym wykorzystać moją przypadłość… Terapeuta określił moje wspaniałe, neurotyczne porywy serca (bynajmniej nie miłosne, tylko stresowe) jako typowy przykład naturalnej zdolności przetrwania: fight or flight, czyli na dwoje babka wróżyła: albo komuś walnę, albo prysnę z pomieszczenia. W obu przypadkach w celu rozładowania napięcia. Najciekawsze jest to, że wcale nie chcę i nie ma we mnie uczucia lęku, tylko fizyczne roztelepanie i ogólny spadek poziomu dobrego samopoczucia – na łeb, na szyję. Szczególnie, gdy trafiam na delikwenta opryskliwego jak Roundup. Możliwość stresu od razu przestawia mi w środku jakieś wajchy i odczuwam silną chęć powrotu do domu, preferowalnie w podskokach, bo dom jest oazą spokoju, no chyba, że aktualnie podczas inwazji gości, co się rzadko zdarza. Ale do rzeczy: wykorzystać tę przypadłość można w różnoraki sposób. Ja zrobiłam z siebie detektor interakcji społecznych. Poziom stresu jest wysoki już na starcie, więc przekroczenie progu paniki – łącznie z wdzięcznym potknięciem się – to już czysta formalność. W każdym razie organizm błędnie interpretuje sygnały płynące z otoczenia i przykładowo taki dźwięk dzwonka do drzwi jawi się jako syrena alarmowa i stanowczy głos z megafonu: To nie są ćwiczenia! Potem czuję, jakbym siedziała (nawet całkowicie spokojnie) w małej łódeczce pośrodku wzburzonej rzeki, nieubłaganie sunąc naprzód. Z daleka słychać szum spadającej wody, podejrzanie z każdą sekundą coraz głośniejszy…

Dla relaksu, oprócz pisania – rzecz jasna, robię dziwne rzeczy. Wczoraj na przykład wlazłam w przeglądarkę i na dobre dwie godziny przepadłam w Street View, zwiedzając znane mi od dawna zakamarki. Jeśli jest się daleko, a w Poznaniu przebywa się teraz tylko sercem, każda okazja jest dobra, by powspominać te wszystkie piękne, nostalgię wzbudzajace miejsca, w których się piło, przełaziło przez płot nad ranem i w których o mało co nie dostało się po ryju. Dwóch dresów idących z naprzeciwka o trzeciej w nocy od razu wywołuje w mózgu interesujące refleksje: pozbędę się portfela, czy także komórki? Poprzestaną na tym, czy wrócę do domu na boso? Przeszłam przez ulicę, ale oni też! Ratunku… I to nieopisane uczucie ulgi, gdy mili panowie proszą tylko o ogień. Dałabym im wszystkie zapalniczki świata. Typowe myślenie reżimowe: a mógł zabić! ;-) Mea culpa. Co prawda, po życzeniach miłego wieczoru, które również wywołały na mojej twarzy niepewny uśmiech, miałam na koronnym dystansie Wierzbięcice – św. Jerzego lepszy czas niż Usain Bolt, nad którym mam tę przewagę, że on nigdy nie biegał na tym odcinku, ale nie powtórzę tego, bo bym chyba wyzionęła ducha. Tym bardziej, że to był grudzień i ślizgawkę na rogu przy banku mogliby uznać za doping. Trudno jest biec w glanach. Druga zasada dynamiki Newtona zadziałała bez zarzutu i nabiłam sobie siniaka na kolanie, a płaszcz owinął się wokół znaku drogowego: droga jednokierunkowa, na którym desperacko zawisłam. Ech, piękne czasy! Teraz pewnie biegłabym znacznie szybciej, ale bardziej rozpaczliwie i z pewnością z jeszcze bardziej opłakanym skutkiem.

Zaczynam mniej więcej (słowo – klucz!) wychodzić ze strefy komfortu. Najpierw delikatnie, nienachalnie zagadując do ludzi. Nie pamiętam, żeby to było aż takie trudne (a tym samym – nudne), a jednak jest. Ostatnio porwałam sie z motyką na słońce i przeprowadziłam eksperyment w sklepie. Upuściłam uprzednio wybrane do tego celu warzywo ćwiczebne. Czerwoną paprykę – by nic się nie rozbiło, a można było jeszcze po umyciu zjeść. Nie martwić się, nic nie wybuchło. Cel eksperymentu stanowiło liczenie. Miałam policzyć osoby, które zignorują to niefortunne zajście przy kasie, które się zirytują, skomentują lub roześmieją. Większość zignorowała mój wyczyn, gapiąc się w telefony, kasjerka – roześmiała się, nawet o dziwo życzliwie, ale jeden, starszy pan stwierdził z irytacją: uważaj, co robisz! Nie przypominam sobie, bym była z nim na „ty”, ale to, że miał słaby wzrok i nie widział, biedak, że nie jestem już nastolatką, trochę mnie ułagodziło. Eksperyment ten, choć spowodował późniejszy atak paniki, uzmysłowił mi kilka istotnych spraw, których nie należy pomijać:

  1. większość ludzi ma głęboko tam, gdzie słońce nie dochodzi to, co aktualnie robię
  2. reszta głównie zareaguje śmiechem lub żartem
  3. zawsze znajdzie się jeden dupek, któremu wszystko przeszkadza (lub dwóch, ale zawsze to ułamek ogółu)

I o reakcję na takich dupków się rozchodzi. To oni mają problem w postaci opadłego warzywa. Ja sobie je podniosę, nil desperandum, ale ich to zirytowało. Nie mnie. Ich. Tylko, że ja potem odreagowuję dniami taką sytuację. Terapię wybrałam właśnie po to, by uporządkować myśli i oddzielić ich negatywne nastawienie od mojej interpretacji i reakcji. Nie będę pytać każdego w kolejce: przepraszam bardzo, czy gniewa się pan/pani? Czy przekroczyłam już próg pańskiego zniecierpliwienia? To TYLKO warzywo! Strach pomyśleć, co by było, gdybym zamiast papryki upuściła sos sojowy… :lol:

Ktoś to kiedyś dobrze ujął: zanim zdiagnozujesz u siebie depresję, czy fobię społeczną, najpierw sprawdź, czy przypadkiem nie jesteś otoczony idiotami. Coś w tym musi być. Szkoda tylko, że to zwykli ludzie potem chadzają do psychologa, a idioci – nie. Jestem za przymusem leczenia głupoty. Najlepiej zaczynając terapię od stosu ciekawych książek i kursu dobrych manier. Obowiązkowo.  :-)

Stały fragment gry:

  • piję: herbatę jaśminową – zieloną
  • zjadłam: na szybko – surimi. Mój organizm (szczególnie jego dolna część) mówi mi, ze to nie był dobry wybór.
  • słucham: Akademii Rozrywki – powtórki audycji z 2009 roku
  • do zrobienia na dziś: pomalować skrzynkę na listy w kolorze względnie białym. To znaczy – skrzynka względnie biała. Listy – obojętnie. Nie wymagam. Najpierw jednak sprawdzić, czy farbę da się nadal mieszać, czy już trzeba kruszyć kilofem. Po pracy użyć terpentyny we wszystkich nieszczęsnych miejscach. Nie zarzekać się, że nie będzie takiej potrzeby! Będzie.
keyboard-114439

To co ja właściwie mam?

Mówiąc szczerze, nie spodziewałam się aż tak fajnego przyjęcia w gronie bloggerów. Dziękuję serdecznie Bluesowej Dziewczynie za miły komentarz! :-) Od razu poczułam się jak w domu, co dla mnie jest szczególnie ważne i mobilizuje do pisania. Odwiedziłam bloga wspomnianej osóbki i muszę przyznać, że znalazłam ciekawą i pasjonującą lekturę na jesienne wieczory.  :-)

Dziś chcę opisać parę istotnych rzeczy, by z kolejnymi postami poszło gładko jak tyłkiem po ślizgawce. Co byście pomyśleli, gdyby ktoś wam kiedyś powiedział: wiesz, że masz fobię społeczną? Ja zareagowałam niedowierzaniem. Zwątpiłam, zdębiałam, zamyśliłam się i dwa razy się sama ze sobą pokłóciłam! No bo jak? Kto? Ja? Do mnie mówi?! :lol: Eufemistycznie mówiąc: moja towarzyskość nie jest porywająca, ale aż tak źle nie jest. W odpowiednim gronie rozwijam – po nowoczesnemu – zdolności interpersonalne aż do samego dna… eehh… głębi. Jestem dość lubiana… przez ludzi o specyficznym i wypaczonym przez alkohol i brak snu guście, ale jednak! Potrafię pogadać o wielu rzeczach, bo interesuję się szeregiem spraw. Mimo że stronię od gadki-szmatki, umiem się do niej zmusić. Czyli, reasumując: posiadam potrzebne oprogramowanie humanitarne i raptem spada na mnie jak worek cementu (i nie luzem!) fobia społeczna. Tak…

Fakt, jestem może trochę zestresowana podczas wyjścia do sklepu, czy do urzędu – a kto by nie był zdenerwowany przy okienku, gdy obsługuje go typowa pani Halinka po szóstej kawie, a jest dopiero 8:15 rano? Obżeram paznokcie przy wizycie u lekarza i trzęsą mi się ręce, gdy jacyś ludzie przychodzą z wizytą (względnie: wizytacją. Zależnie od natury tychże ludzi i natury mojego nastawienia). Do ludzkości jako takiej mam przeto stosunek ambiwalentny i mój filtr przesiewający dobrych i złych działa bez zarzutu. Nic drastycznego, prawda? Przeżyję. A co!

Otóż sprawa się komplikuje znacznie później i przez wiele lat nie wiedziałam w ogóle, co mi jest. Ba! Nikt nie wiedział. Zaczęto mnie leczyć na nadciśnienie, które sobie pieczołowicie wyhodowałam jak przejrzałego pomidora (w obu przypadkach: lepiej nie tykać, bo się rozleci), ale nikt nie zagłębił się w przyczyny tej dolegliwości, a ja skończyłam na lekach i biorę je do dziś. Na pytanie: olaboga, co robić?, lekarz (wspominałam, że to menda wredna i złośliwa? Nie? To wspomnę teraz!) odpowiedział: niech się pani tak nie stresuje! Łatwo powiedzieć. Już po tym jednym zdaniu ołówek, który miałam w kieszeni porządnie mi się sam zaostrzył. :lol:  i objawy paniki dały o sobie znać godzinę, dwie później.

Ludzie myślą, że panika to, ot tak, sama się zaczyna, sama kończy i już: przybylim, spanikowalim, zemdlelim. Przekracza się pewien próg, wchodzi się jak do wrzątku i z krzykiem wyskakuje się z niego, niechcąco zwalając z półki szampon, nabijając sobie siniaka o umywalkę, ślizgaczem wypadłszy przez drzwi łazienki, na ręczniku kąpielowym. To znaczy: ślizgacz na ręczniku, a nie drzwi. Z resztą – jak kto woli. Gdyby wszystko szło tak hop siup oj dana dana, ło dyrydy, to by nie było fobii. Napięcie opadłoby dość szybko i człowiek wróciłby z uspokojonymi wnętrznościami mniej więcej do siebie.

Jednak atak paniki w moim przypadku to narastające złe samopoczucie, które potem zbiera żniwo w postaci kaca ciągnącego się dniami. Po prostu słabuję i mam cichą nadzieję, że nie jak Emilia Korczyńska. Żadnych globusów, wypraszam sobie! Organizm reaguje na stes szybko i błyskawicznie, a nawet nie na stres, tylko na możliwość stresu i się zaczyna polka galopka. Mogę spędzić najpiękniejszy dzień w życiu w doborowym towarzystwie, pijąc jaśminową herbatę i rozmawiając o mojej kochanej astronomii, ale potem odchorowuję i już. Tak jak właśnie akurat teraz…

Symptomy są dość jasne do określenia: zaczyna się od szybkiego bicia serca, nawet niekiedy arytmii. Po poznańsku i śląsku: tzw. hercklekoty. Potem dochodzą przeklęte po stokroć nerwobóle w człowieku (oby jutra nie zobaczyły!), drżenie ciała, zimne ręce i pocenie się. Następnie dochodzi rzecz wprost cudowna – zawroty głowy. Dlatego wiecznie czuję się jakbym sobie łyknęła kielicha i niczym nie zagryzła. Kolejny objaw do puli: nadwrażliwość na światło, wizja tunelowa i uczucie, jakbym śniła. Te ostatnie objawy, począwszy od zawrotów głowy, trwają dniami. Tarczyca w normie, cukier w normie, człowiek w normie. Ciśnienie – unormowane. Tylko tętno przyśpieszone jakbym sobie zafundowała maraton. I to wszystko musi przejść samoistnie, choć czasem jest naprawdę trudno budzić się rano i myśleć: znów to samo, cholera… Mięta, czy melisa?

Emocje – to istotna rzecz, jednak należę do tych osób, dla których nigdy nie były one ważne do zamanifestowania. Próbowałam odkryć, co kryje się w mojej osobowości, ponieważ stroniłam od histerii, dramy i wyrywania włosów z głowy (no chyba, że to była obca głowa, to wtedy chętnie). W skrócie, bo nawet nie lubię o nich pisać: emocje uważam za prywatną sprawę, więc trzymam je w sobie, co – logicznie rzecz biorąc – jest również wyczerpujące, bo borykam się z nimi sam na sam, a żeby upuścić trochę stresu z organów wewnętrznych, potrzebny jest wentyl bezpieczeństwa, preferowalnie zainstalowany w niezbyt obscenicznym miejscu, bardzo proszę! Wśród rozpraw na temat osobowości znalazłam taką, która opisuje mnie najlepiej – jestem INTJ (Introverted Intuitive Thinking Judging). Nie będę się tutaj rozwodzić nad tym, że jestem introwertykiem, bo wielu się rozwodzi, a nic praktycznego z tego nie wynika – tylko wkurzają otoczenie. No jestem nim, i co? I tyle. Nie wymagam specjalnego traktowania, bo po co? To normalny, zdrowy typ osobowości, a nie jakaś dysfunkcja. Można się nie zgadzać z typologią MBTI, ale tak właściwie, to jedyna typologia, która mnie jakoś objęła (na szczęście bez przytulania). Kto siedzi w temacie ten wie, że INTJ to rzadki typ, szczególnie płci żeńskiej. Kto nie siedzi, ten się teraz dowie: bycie rzadkim wcale fajne nie jest. Ma swoje plusy, bo i tak nie chcę się wpisać w rój ludzi, ale strasznie i przeszywająco… izoluje. Nie jest dla mnie ważne, czy ktoś się ze mną zgadza (po to są dyskusje, by kulturalnie wymieniać poglądy). Ważniejsze jest, czy ktoś mnie rozumie. Gdy rozumie - I’m your best friend. I tyle. Niestety, mało kto rozumie, więc nerwy ciągle jak postronki. :-)

Nie czuję stresu jako takiego, mogę być odprężona, zadowolona, cieszyć się jak bandzior z amnestii, ale zawsze strasznie mnie rąbnie po każdej interakcji z innymi ludźmi, a potem dniami – że tak użyję eufemizmu – nie rwę się do kontaktów. ;-) Bywało, że nie wychodziłam z domu przez jakiś czas, ani nie słuchałam muzyki, bo to potęgowało nadwrażliwość na bodźce… Basta!

Zaczęłam kognitywno-behawioralną terapię i jestem zmotywowana by się przeciwstawić moim dolegliwościom. Ten rodzaj terapii nie rozpatruje złych przeżyć z dzieciństwa i ich wpływu na fobię. Nie będę się rozwodzić nad tym, że na przykład kolega ukradł mi łopatkę w piaskownicy i to mogło stanowić przyczynek do nieufności. Terapia tego typu skupia się na zrozumieniu procesów wewnętrznych i powiązań między nimi. Opiera się na analizie zachowań i reakcji. Logiczne dla mnie. Będę się bronić jak Rejtan drzwi na sejmie i walczyć jak powstańcy – do ostatniej kropli krwi (i tak już jestem cosik blada). Obecnie funduję sobie filiżankę jaśminowej herbaty – to jedna z tych przyjemności życia, które zawsze mam w zasięgu. :-) No to siup, w ten głupi dziób!

Stały fragment gry (rubryka informacyjno-rozrywkowa):

  • oglądam: Czterdziestolatek, odcinek 19
  • słuchałam: Wardruna
  • będę grać: Skyrim
  • czytam: Artur Andrus, Blog osławiony między niewiastami
  • do wypróbowania: herbata różano-waniliowa, liściasta